Dni mijają... pranie zrobione, koszule kupione... Muszę tylko poprasować tą stertę ciuszków, spakować to co nam potrzebne w szpitalu i mogę iść rodzić. Dziś byłam na badaniach (chyba już ostatnich przed porodem) a w środę mam wizytę u lekarza.
Powoli dociera do mnie fakt, że to prawie już! Za niedługo nasza malutka córeczka będzie w końcu
z nami. Cieszę się także z tego, że już nie będę musiała męczyć się z brzuchem i opuchniętymi stopami. Wiem, że na tym właśnie polega ciąża, ale ja już jestem po prostu zmęczona.
Ani się schylić, ani nic... w upały serce bije mi jak szalone i szybko się męczę.
W sobotę byłam na zakupach z mamą i gdy wróciłam byłam ledwo żywa mimo iż nie przeszłyśmy jakiegoś dość długiego dystansu. Moja garderoba topnieje bo nie mieszczę się już w połowę ubrań, które mam w szafie (bluzki są do pępka) a nie opłaca mi się na miesiąc kupować nowych.
W sklepach jest tyle pięknych ubrań i znając życie już miałabym ich kupioną stertę.
Postanowiłam sobie, że gdy urodzę to pomyśle o sobie iii małej "renowacji" siebie.
Pójdę na zakupy i w końcu kupię coś dla mnie. Tymczasem muszę się jeszcze trochę pomęczyć... Czegóż to się nie robi dla ukochanego dziecka :)
Kochana Oliwko teraz Ty jesteś najważniejsza!
Dasz rade wytrzymasz ;)
OdpowiedzUsuń