Czekamy...

dziecko.haczewski.pl

czwartek, 26 września 2013

Po długiej nieobecności.

Jestem... jestem już mamą wspaniałej kruszynki, która urodziła się 4 września. Miałam napisać wcześniej, ale dopiero teraz założyli nam normalny internet. Pisałam o tym, że nie chcę być długo w szpitalu, że nie lubię szpitali... i wszystko obróciło się przeciwko mnie bo w szpitalu byłam ponad 2 tygodnie. Wywoływanie porodu jest okropne... kręcisz się po korytarzu modląc się o skurcze. Niestety  w pierwszy dzień (ten w którym miałam trafić do szpitala) nie było mi dane urodzić. Na salę przedporodową przychodziły dziewczyny... rodziły, a ja jak głupia zostawałam sama. W sobotę kazano mi iść do domu. W poniedziałek miałam wrócić... miałam nadzieję, że skurcze chwycą mnie w domu i, że już nie będę musiała chodzić po korytarzu z kroplówką. Od badań  zaczęło mnie tam w środku wszystko boleć. Miałam dość. Skurcze nie nastały więc znów znalazłam się na sali przedporodowej. Dzień miną podobnie jak piątek... zero reakcji. Byłam na skraju załamania, ciągle płakałam... Zdecydowana byłam na cesarkę bo już miałam dosyć i bałam się o moją kruszynkę.
 Był w końcu 42 tydzień ciąży. Lekarze upierali się na kroplówki... Nie dość, że byłam sama jak palec bo nasz szpital nie pozwala na pobyt partnera czy męża z żoną na tej sali to jeszcze jest tam kompletny zakaz odwiedzin. Mój lekarz był zupełnie obojętny i stwierdził, że dziecku się nic nie dzieje (mała urodziła się w zielonych wodach płodowych i miała infekcję wrodzoną przez co tydzień przyjmowała antybiotyki). We wtorek przenieśli mnie na ginekologie i nie wiem po co bo o 16tej znów miałam wrócić tam skąd przyszłam. Chodziłam po tym szpitalu jak obłąkana, ale czułam, że coś się dzieje. Od południa miałam skurcze... lekkie wprawdzie, ale były (ktg ich nie wykrywało, ale ja je czułam). Przed snem położna powiedziała mi abym się wyspała porządnie bo może to być ostatnia noc bez dziecka w brzuchu... no i wykrakała. Ok 23 skurcze nasiliły się a ja pomiędzy nimi jakby w letargu przysypiałam... o 3ciej nad ranem ledwo żyłam bo tak bolało, ale cieszyłam się, że w końcu się zaczeło... skakałam na piłce, wymiotowałam i w duchu płakałam z bólu. 
O 9tej trafiłam na porodówkę a o 11tej urodziłam piękną córeczkę. Poród był okropny, ale miałam cudowne położne, które bardzo mi pomogły. Gdy natomiast poczułam na swoich piersiach ciepłe ciało Oliwii zapomniałam o wszystkim... jej niebieskie duże oczy wpatrywały się we mnie a ja płakałam ze szczęścia. Dziś Oliwia ma ponad 3tygodnie i zaczarowała nasz świat... jest pogodnym i grzecznym dzieckiem i kocham ją ponad życie. 
Powoli mam nadzieję nadrobię blogowe zaległości.